Jak widać na bardzo dużo zależy od ludzi, z którymi walczymy. A szczególnie ludzi, którzy dowodzą w kompani. Dla tego nie chciałem zmieniać kompanii. Mam sympatycznego dowódcę po 30, z którym można porozmawiać spokojnie o taktyce i otwartego na propozycje. Miałem nieprzyjemność być na jednym wspólnym treningu mojej kompani z Duchem i to mi wystarczy za dowód. Od dowódców zależą także awanse. Szybkie awanse w mojej kompani były także dla mnie zaskoczeniem. Zbieraliśmy awanse za udział w Scrimach przed kampania, czy nawet na treningach i często o dwa szczeble do góry. Już po drugiej bitwie byłem Scharführerem – czyli sierżantem. Jest to najwyższy stopień, który można zdobyć w kompani. Wydaje mi się, że teraz widzę zamysł mojego dowódcy, który chciał stworzyć zaplecze dla kompani i w pierwszej kolejności awansował osoby, które były podoficerami w jego kompani w poprzedniej kampanii turnieju. Po ostatnich bitwach roszady na stanowiskach są juz rzadkością. HerrKreist ma dość jasne zasady awansów i stopnie podoficerskie przyznawane są osobą wykazującym zdolności przywódcze lub zaangażowane w działalność kompani. Natomiast za skuteczność na polu walki otrzymywanie są odznaki i medale. Co wydaje mi się bardzo rozsądne i całkowicie się z wami zgadzam co do absurdalności sytuacji gdy pół kompanii jest oficerami. Mamy teraz dwóch plutonowych i dwóch kaprali, z których wywodzą się dowódcy składów (podpodziałów). Natomiast reszta kompani to szeregowi i starsi szeregowi, choć juz z odznaczeniami. Z awansami na stanowiska oficerskie jest trochę inaczej z tego co widzę. Przeważnie są oni wybierani przed kampania i tylko uzupełniani w razie potrzeby. Tak stało się u nas, gdy odszedł z braku czasu nasz podporucznik. Po trzeciej bitwie HerrKreist zwrócił się do mnie i do Zeroinga z pytaniem czy chcielibyśmy zająć jego stanowisko. Wymaga to jednak poświęcenia sporo czasu na „papierkową” robotę na forum, rozmowy z HQ i w barakach oficerskich, aby cała Kampfgruppe mogła się bawić i wkrótce Zeroing poprosił o zwolnieni go z obowiązków. Po za tym jak słusznie zauważył Szymas oficerskie gwiazdki mają też druga stronę medalu. Gdy byłem szeregowcem grałem znacznie więcej w pierwszej linii, co przekładało się na ilość zabitych, czy liczbę zniszczonych czołgów. Że o samotnych wyprawach na rozpoznane przedpola nie wspomnę. Natomiast odkąd zostałem podoficerem i dowodziłem sekcja przeciwpancerną, lub podpodziałem kompani w obronie, gdy drugi atakował. Zacząłem grać w drugiej linii by mieć lepsze pole widzenia i móc lepiej reagować na zmiany sytuacji. Wysyłając innych na pierwszą linie, czy do tworzenia zasadzek, samemu ich, oraz flagę tylko osłaniając. A że podkomendnych mam niczego sobie, okazji do „powąchania prochu” jest niewiele. Choć bywa czasem gorąco. Też dobrze się bawię, tyle że jest to trochę inny rodzaj satysfakcji i nie każdemu odpowiada.
P.S. Kiedyś prosiliście o screeny z kampanii. Oto kilka z nich przedstawiające Atak prawie całości sił Rosyjski na rozciągnięte lewe skrzydło pozycji Niemieckich. Bronionych przez 101 Pułk Grenadierów Widziane z pozycji centralnej flagi Niemieckiej, autorstwa Actionmama z kompani SJ.
